Igraszki szlachty polskiej

Taaak Rzeczpospolita Obojga Narodów. Szczyt potęgi państwa polskiego sławetne wieki szesnasty i siedemnasty. Granice od morza do morza i pozycja w Europie, o której dzisiaj możemy tylko pomarzyć.

Najpełniejszy obraz tamtych czasów zawarł w swojej Trylogii Henryk Sienkiewicz. To z tej powieści pokolenia Polaków czerpały całą swą wiedzę o tym ciekawym okresie naszej historii. Ale jest pewien problem. Analizując to dzieło pod interesującym nas kątem dochodzimy do wniosku, że przetrwanie Polaków jako nacji graniczy właściwie z cudem.

Przyjrzyjmy się bowiem losom głównych bohaterów powieści. Najpierw pan Michał Jerzy Wołodyjowski. Niewielkiej postury, lecz wielkiego ducha potężną słabość miał do płci przeciwnej i jeszcze gorszego pecha. Co się zakochał i mógł seksualnym oddać przyjemnościom, to los rzucał mu jakąś przeszkodę. Jak nie wojnę, to śmierć ukochanej (w tym wypadku Ani). Jak nie zakon, to konkurencję w postaci przystojniejszego przyjaciela (w przypadku Krzysi). Jak nie podstępnego Tatarzyna Azję, to honor każący mu ponieść śmierć samobójczą, po nieudanej obronie Kamieńca Podolskiego (pozostawiając we wdowieństwie Basię). Z życia chłop nie zdołał skorzystać i już go nie było.

Patrzmy dalej Jan Skrzetuski przystojniak wielki, co miłością zapałał do kniaziówny Heleny. Jak bardzo musiała podniecić go ta dziewczyna, skoro dla jej odzyskania przemierzył konno, łodzią i na piechotę całe kresy Rzeczypospolitej, by ją z rąk Bohuna, wcale nie wiadomo, czy aby nie tkniętą, odbić wreszcie i matką swoich dzieci uczynić. Pewnie nie bez przyjemności. Chociaż tyle mimo że Sienkiewicz szczegółami się z nami nie podzielił.

Andrzej Kmicic kolejny przedstawiciel znamienitego stanu szlacheckiego. O tym przynajmniej wiemy, że życia poużywał i niejedną pannę uczynił no co tu dużo mówić, jakby bardziej zadowoloną. Ale jak się chłop wreszcie zakochał, to na całego. Niezwykłej urody i walorów wszelakich musiał być panna Aleksandra, skoro wspomniany imć Kmicic, by zyskać w jej oczach sam jeden (no prawie) ze szwedzkim potopem się rozprawił odpędzając ich od Jasnej Góry, króla Jana Kazimierza od śmierci z rąk żołdaków uratował i poddał się takim cierpieniom, jakich zwykły człowiek w życiu by nie wytrzymał. I po co? By zaznać seksu w jego wyobrażeniu niewyobrażalnego. Czy się udało? Trudno powiedzieć, szczegółów brak.

Nie wspomnę już o Longinusie Podbipięcie ten głupi ślub czystości uczyniwszy, zginął zanim cokolwiek mu się z kobietami przydarzyło.

Patrząc ile wysiłku włożyli ci faceci, by zdobyć kobiety swego życia, jestem pełen podziwu dla naszych praojców, że zdołali w ogóle podtrzymać gatunek ludzki na tych ziemiach. Ale to, jak się okazuje, obraz dość jednostronny. Gdy zagłębić się w teksty źródłowe z tamtych czasów zgoła inaczej się on maluje. Ciekawie przedstawiają się już same polskie obyczaje językowe w zakresie erotyki. Piersi kobiece nazywano "rybkami", srom - "cisią" lub czasem "futerkiem" i "studzienką". Mówiono także o męskim "ptaszku". Akt kochania się to w języku polskiej szlachty "miłówka".