
Zasadą postępu jest to, że każde kolejne pokolenie buntuje się przeciwko swoim rodzicom. Nie inaczej było w latach sześćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych, ale skala i zasięg tego zjawiska zaskoczyła wszystkich, w tym socjologów i psychologów społecznych włącznie.
Zacznijmy jednak od początku. Po względnie stabilnych latach pięćdziesiątych, w czasie których Amerykanie budowali swój dobrobyt, nadeszło kolejne dziesięciolecie, po którym nic już nie miało być takie samo. Na sytuację społeczną wpłynęła polityka, nauka i kultura.
Kolejne pokolenie za swoją muzykę uznała rocka, który nawet dla rockandrollowych rodziców był zjawiskiem trudnym do zaakceptowania.
Naukowcy wymyślili pigułki antykoncepcyjne, a firmy farmaceutyczne pod sloganami wolności wyboru dla kobiet, szybko rozpropagowały ich używanie.
Wyzwolone z okowów niechcianego macierzyństwa kobiety ruszyły do walki o swoje prawa, wyzwalając się z gorsetu matki opiekunki domowego ogniska. Zażądały wpływu na losy kraju i prawa do pracy na równych warunkach z mężczyznami.
Swoją wolność zaczęły podkreślać też strojem, co w idealny sposób wyczuli kreatorzy mody i cały wielomiliardowy przemysł odzieżowy. Na ulicach zakrólowały mini i to takiej długości, że nawet dzisiejsze bezpruderyjne nastolatki chwilę zastanowiłyby się nad ich założeniem. Pomógł w tym także postęp w chemii, który pozwolił zastąpić pończochy rajstopami. Grunt pod rewolucje był gotowy. Potrzebny był już tylko katalizator.
Iskra przyszła z zupełnie nieoczekiwanej strony. Daleka i mało znana wojna domowa w południowo-wschodniej Azji, przeobraziła się w konflikt zbrojny o niewyobrażalnym rozmiarze. Z czasem przekształcając się w ogólnonarodową amerykańską traumę. Szczególnie widoczną z każdym pojawiającym się transportem ciał młodych chłopaków zabitych w wietnamskich dżunglach.
W miastach zaczął rodzić się bunt. Najpierw nieśmiało, poprzez muzykę protestu. Po jakimś czasie sprzeciw polityce rządu zaczęli manifestować studenci. Wkrótce bunt ogarnął cały kraj osiągając niespotykane wcześniej rozmiary.
Młodzi Amerykanie nie chcieli ginąć na wojnie, która ich zdaniem, była niepotrzebna i nic nie miała wspólnego z interesem kraju. Bunt zaczął przekształcać się w subkulturę. Narodziły się Dzieci Kwiaty, zwane też hipisami. Kolorowe zwiewne stroje, dziwne ozdoby i długie włosy to był ich znak rozpoznawczy.
Do tego dochodził zwyczaj wspólnego mieszkania w komunach i zabawowy styl życia. Ostra muzyka z pod znaku The Doors i Janis Joplin nakręcała do działania. Protestujący chcieli w ten sposób wyraźnie zamanifestować swoje poglądy wspólny sprzeciw łączył sztandar z wypisanym pod pacyfą hasłem "Make love not war" (Kochajcie się, a nie walczcie).